Wiadomości

  • 15 marca 2025
  • wyświetleń: 452

[WYWIAD] Jerzy Kubica: GKS Tychy nie może być spełnionym klubem

Początkowo grę w piłkę traktował jako przygodę i formę życia towarzyskiego. Kilka lat później z GKS-em Tychy świętował wicemistrzostwo kraju. Zagrał także w dotychczas jedynych meczach naszego klubu w europejskich pucharach. Klub piłkarski GKS Tychy zaprasza na rozmowę z legendarnym pomocnikiem oraz członkiem Klubu Zasłużonych, Jerzym Kubicą.

Jerzy Kubica: GKS Tychy nie może być spełnionym klubem
Jerzy Kubica: GKS Tychy nie może być spełnionym klubem · fot. GKS Tychy


Dawid Dreszer: Rozmawiamy jakiś czas po włączeniu Pana w poczet Klubu Zasłużonych. Domyślam się, że to duże wydarzenie dla osoby, która z klubem i Tychami była związana przez prawie całą karierę.

Jerzy Kubica:
Bardzo miła niespodzianka, wspomnienia momentalnie wracają. Jeśli naprawdę kocha się piłkę, to nie da się na nią całkowicie zamknąć. I rzeczywiście, to wyjątkowa chwila dla osoby tak mocno związanej z miastem jak ja.

A jak patrzy Pan na te nazwiska, które znajdują się już w Klubie Zasłużonych?

To zasłużone grono. Na przestrzeni lat przez Tychy przewinęło się kilku bardzo dobrych piłkarzy i trenerów. Możemy być z tego dumni.

Z kim wiąże Pan najlepsze wspomnienia?

Zdecydowanie z tymi, z którymi grałem - Józkiem Trójcą, Henrykiem Tuszyńskim, Marianem Piechaczkiem, później jeszcze z Kazikiem Szachnitowskim.

Utrzymuje Pan z nimi kontakt?

Z Józkiem się kumplujemy właściwie do dziś. Gdy tylko jestem w Tychach, staram się odwiedzać klub i spotykać z dawnymi znajomymi.

Był Pan jedynym wychowankiem Polonii Tychy, który po połączeniu klubów przebił się na stałe do pierwszej drużyny GKS-u. Jak Pan uważa - przesądziły umiejętności piłkarskie czy bardziej charakter?

Byłem jedynym zawodnikiem, który w ogóle otrzymał taką szansę. Przypuszczam, że przesądził mój wiek. Byłem wówczas 18-latkiem, co otwierało pewne furtki w tym futbolowym świecie.

A jak Pan spojrzy wstecz, jakie wnioski się nasuwają?

Kochałem piłkę. Ale czy byłem dobrym zawodnikiem, trudno mi powiedzieć. Widocznie ktoś, kto mnie polecił, stwierdził, że mam odpowiedni potencjał. I tak to dalej już poszło.

Był Pan takim boiskowym liderem?

Stałem się dopiero później, już w GKS-ie. Po tym, jak z klubu odszedł Marian Piechaczek, przez kilka lat nosiłem opaskę kapitańską. Właściwie do samego końca.

Grał Pan głównie w tyskich klubach.

Wynikało to de facto z miłości do miasta. Z Tychami byłem bardzo mocno związany emocjonalnie, tutaj spędziłem prawie całe moje życie. A piłka była tym, co mnie przy tym życiu trzymało.

Nie kusiło Pana, żeby spróbować swoich sił gdzieś wyżej?

Zawsze bardzo dobrze czułem się w mieście, a barwy GKS-u reprezentowałem z dużą przyjemnością. Tak zwana kariera była sprawą drugorzędną. Nie miałem takich ambicji. Sentyment pozostał. Jeśli człowiek spędził kilka ważnych lat w danym miejscu, to odciska to na nim piętno. Śledzę poczynania GKS-u Tychy do dziś.

A jak wyglądały Pana początki w GKS-ie?

Historia była taka: mieliśmy bardzo dobrego napastnika, nazywał się Ginter Jendyczek, był bardzo znany zresztą. W pewnym momencie oznajmił, że nie chce już grać w GKS-ie. Tak przebiłem się do składu. Trochę przypadku, trochę dobrej woli trenera.

Największym sukcesem pozostaje wicemistrzostwo kraju.

To przyszło samo. Mieliśmy rewelacyjny skład, z przodu grał niezawodny Romek Ogaza, który nam to drugie miejsce w dużej mierze wywalczył. Szkoda jedynie, że nie udało się wtedy sięgnąć po mistrzostwo.

Kto jeszcze grał wtedy w GKS-ie? Pamięta Pan?

Kazik Szachnitowski, Krzysiek Rasek, Czesiu Czarnynoga, Heniek Tuszyński, Leszek Olsza, Marian Piechaczek, Józek Trójca, Jurek Ludyga, Alfred Potrawa, Zbyszek Janikowski, no i ja.

Widzę, że wspomnienia nadal pozostają żywe.

Oczywiście. Dwanaście lat życia przy piłce i dla piłki - to zostaje w człowieku na zawsze. Tak jak mówiłem już wcześniej, nie da się tego wyprzeć.

Później rywalizowaliście z Kolonią w europejskich pucharach.

Pamiętam oba te mecze z Kolonią. Właściwie nie było żadnych emocji. To jest ciekawa sytuacja, jako piłkarz losujesz takiego przeciwnika i od razu wiesz, że będzie chodziło w tej rywalizacji tylko o to, żeby się nie zblamować. Po drugie, nie mieliśmy nic do stracenia. Mogliśmy się tylko cieszyć, bo jeśli wylosowalibyśmy inny zespół i z nim odpadli, to byłoby nam wstyd. Ostatecznie wcale nie było tak, że mecz rozgrywany był tylko na jedną bramkę.

Czyli różnica poziomu ostatecznie nie była tak mocno widoczna?

Nie była aż tak mocno widoczna, ale jednak była. To fajne wydarzenie sprawdzić się na tle takich piłkarzy. W Kolonii grali wówczas przecież Wolfgang Overath czy Dieter Müller. To były gwiazdy światowego formatu. W ogóle to była jedna z czołowych niemieckich drużyn.

W tym samym sezonie GKS spadł z ligi.

To była tragedia, nie jestem w stanie tego do końca wytłumaczyć. Chyba nikt nie jest. Widocznie wszystko, co zrobiliśmy po wywalczeniu wicemistrzostwa, okazało się błędne. Kadra się nie zmieniła, ale praktycznie nie mieliśmy urlopów, nie odpoczęliśmy. Błyskawicznie zaczęliśmy podróżować po świecie, bez jako takiego okresu przygotowawczego. Gdy już ruszyła liga, to cały czas powtarzało się, że najważniejsze są europejskie puchary. Potem próbowaliśmy się obudzić, jednak już się nie dało.

Wydaje mi się, że obecnie nadal podobne sytuacje się zdarzają.

Oczywiście, że to się zdarza do dziś. Każda drużyna na świecie miała taki moment, że absolutnie nic jej nie wychodziło. Obecnie z czymś takim mierzy się Manchester City - zespół, o którym dotychczas mówiło się, że nie potrafi przegrywać.

Jak Pan się czuje z tym, że jest z tego ostatniego pokolenia, które grało z GKS-em w najwyższej klasie rozgrywkowej?

Mi jest z tego powodu bardzo przykro.

Przeczytałem gdzieś, że na początku traktował Pan grę w piłkę jako formę życia towarzyskiego.

Byłem wtedy młodym człowiekiem, który uczył się w technikum wieczorowym. Dodatkowo zajmowała mnie praca w Katowicach. Byłem zajęty niemalże od samego rana, a do domu wracałem gdzieś późnym wieczorem. To dołączenie do GKS-u Tychy traktowałem jako przygodę. Ciągle myślałem: musisz zdać maturę i iść dalej.

Trudno było przestawić się na tryb życia sportowca?

Człowiek rodzi się sportowcem. Nie miałem z tym problemu, warunki tutaj były bardzo dobre już wtedy, w trzeciej lidze. Dostawaliśmy pieniądze, mieliśmy bardzo fajną opiekę. GKS powstał w końcu z Górnika Wesoła, więc wszystko odbywało się tam. Mieliśmy do dyspozycji bazę treningową, basen oraz odnowę biologiczną.

W wieku zaledwie 30 lat zakończył Pan karierę. Dlaczego podjął Pan taką decyzję?

Długo chorowałem. Musiałem przejść operację, popękały mi wrzody żołądka. Nie chciałem już wracać do piłki, bo wiedziałem, że to nie ma sensu.

Co było dalej?

Przez cztery lata pracowałem jako taksówkarz w Tychach. Następnie z dziećmi i żoną wyjechałem do Niemiec. Życie w Polsce było wtedy bardzo trudne. Miałem dwójkę małych dzieci i coś trzeba było zrobić.

Dziś wiedzie Pan dużo spokojniejsze życie.

Spokojniejsze, to mało powiedziane. Od dziesięciu lat jestem emerytem. Mam pieniądze, dużo wolnego czasu i przede wszystkim jestem zdrowy.

A z perspektywy czasu, jest Pan spełnionym piłkarzem?

Nie jestem spełnionym piłkarzem. Tak samo, jak GKS Tychy nie jest spełnionym klubem. Niedosyt pozostaje. Wicemistrzostwo Polski to był wypadek przy pracy. Cała reszta to była harówka i niewiele sukcesów.

ar / tychy.info

źródło: GKS Tychy

Reklama

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu tychy.info zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.